Herstoria kobiet najtrudniejsza staje się wtedy, gdy przez lata pozostaje bezimienna i wyparta z oficjalnej narracji. W niedzielę w Strzegomiu odbył się „Marsz Pamięci”, poświęcony więźniarkom obozu pracy AL Gräben. W wydarzeniu uczestniczyły przedstawicielki naszej Fundacji: Izabela Beno, prezeska oraz Wiola Samborska, przewodnicząca Rady.

Wydarzenie upamiętniło „marsz śmierci” kobiet, które 8 lutego 1945 roku, o świcie i przy silnym mrozie, zostały zmuszone do pieszej ewakuacji w kierunku obozu Bergen-Belsen. Nieliczne doczekały wyzwolenia w kwietniu 1945 roku. Wiele zginęło po drodze. Obóz pracy AL Gräben w Strzegomiu był miejscem uwięzienia kobiet pochodzenia żydowskiego z różnych krajów Europy: Polek, Czeszek, Węgierek, Francuzek, Belgijek i Holenderek. Trafiały tam ze względu na swoje pochodzenie. Pracowały przymusowo, doświadczały głodu i przemocy.

– Udział w „Marszu Pamięci” jest dla nas elementem pracy nad przywracaniem widzialności kobiet i ich doświadczeń, także tych najbardziej bolesnych – powiedziała Izabela Beno, prezeska Fundacji. – To trudne doświadczenie, jednak warto przypomnieć, że pamięć nie jest dana raz na zawsze, wymaga od nas zaangażowania, uważności, a często też nazywania faktów po imieniu – dodała Beno.
Przez dekady losy kobiet z AL Gräben pozostawały niemal nieobecne w przestrzeni publicznej. Głos dziewczętom i kobietom z obozu przywrócił regionalista Krzysztof Kaszub. Ich osobiste historie opisała i utrwaliła Agnieszka Dobkiewicz, dziennikarka i pisarka, autorka książki „Dziewczyny z Gross-Rosen. Zapomniane historie z obozowego piekła”, która podczas marszu podkreślała: – To nie Bóg stworzył takie miejsce. To człowiek stworzył takie miejsce i to ludzie ludziom zgotowali właśnie taki los, przywołując historię Hildy Tendler, jednej z więźniarek AL Gräben, naznaczonej doświadczeniem obozu na całe życie.

Hilda Tendler urodziła się w Dąbrowie Górniczej, później mieszkała w Sosnowcu, bo tam jej rodzice Abraham i Toli, żydowscy chasydzi, prowadzili sklep. Ona pracowała w tym sklepie. Gdy wybuchła wojna, dziewczyna miała 21 lat i jej życie legło w gruzach. Zabrano jej wszystko. Zabrano jej możliwość swobodnego poruszania się po ulicach. Kazano nosić gwiazdę Dawida. Była świadkinią scen, o których nawet dzisiaj nie chce się już myśleć. Cała Jej rodzina trafiła do getta.
– W życiu Hildy pojawiły się takie trzy momenty, które spowodowały, że uniknęła śmierci. Pierwszy, gdy pod wpływem rodziców uciekła z tego getta w Sosnowcu. Potem niestety zadenuncjowana trafiła do obozu pracy w Gliwicach. Tam wsadzono ją w transport i wieziono do Auschwitz, do obozu koncentracyjnego. W jakimś przypływie, porywie Hilda uciekła z tego transportu przez otwarte okno w wagonie, gdy poczuła zapach dymu. I to był ten drugi raz. Trzeci raz uniknęła swojego losu już po wojnie, kiedy mieszkała w Stanach Zjednoczonych razem ze swoją rodziną i zachorowała na nowotwór złośliwy raka jelita grubego. I właściwie jej stan był taki, że wydawało się, że nie przeżyje, a jednak tak się stało, że zwalczyła chorobę. Wiedziała, że ten rak to pozostałość właśnie z tych przejść wojennych, które toczyły jej wnętrze – snuła swoją opowieść herstoryczną Agnieszka Dobkiewicz.

Bo z Hildą był taki problem, że ona nigdy nie wypchnęła z siebie tych strasznych przejść, których doświadczyła tutaj właśnie w Strzegomiu, w obozie pracy. Swoje zeznania złożyła jako bardzo dojrzała kobieta, miała prawie 70 lat. Widać, jak bardzo to, co ona przeżyła właśnie tutaj w tym obozie, wpłynęło na jej życie. – Opowiada o swoim ponad trzyletnim pobycie w obozie pracy ze szczegółami, co ci, którzy badają historię tego miejsca, wiedzą, że wcale nie jest takie częste. – kontynuowała Dobkiewicz.
Dlaczego? Dlatego, że Hildę w tym obozie złamano. Wszystko sprowadza się do braku zaspokojenia podstawowych potrzeb, czyli do skrajnego głodu. Szukała jedzenia wszędzie, aż zlitował się nad nią niemiecki pracownik fabryki i dał swoje śniadanie. Zauważyła to strażniczka obozu. Na szczęście Hilda miała czas, żeby chleb schować w lnie. Jednak strażniczka wiedziała, co ona zrobiła. – A jak państwo wiecie, takie rzeczy w obozie też były karane. Nie wolno było brać chleba. Gestem odwagi było i dawać, i brać chleb – podkreślała Agnieszka Dobkiewicz.

Strażniczka spoliczkowała Hildę przy innych więźniarkach, po czym zamknięto ją w karcerze. Bohaterka wspominała, że była tam kilka dni, spała na podłodze, nie dostawała jedzenia, nie chodziła do pracy. W końcu dokonano publicznej kary na oczach innych więźniarek: obcięto jej włosy. Jednak to nie było po prostu obcięcie włosów. Hilda bardzo była przywiązana do nich, dlatego że ona dostała je po mamie. Jej mama miała takie same piękne, czarne, długie, kręcone włosy. Hilda już wiedziała, że jej mama zginęła w Auschwitz. Wiedziała też, że cała jej rodzina już nie żyje. To była ostatnia rzecz, która jej po mamie została. Zwłaszcza że mówiła o tym, że przetrwała obóz, ponieważ jej mama w snach do niej przychodziła i pomagała jej. – Dla Hildy to był taki znak upokorzenia nie tylko fizycznego, ale psychicznego. Dlatego ten obóz Graben nigdy z niej nie wyszedł i do końca życia nie znalazła tego ukojenia – zakończyła swoją opowieść pisarka.

Organizatorem Marszu Pamięci było miasto Strzegom. Matronat nad wydarzeniem objęła Rada Kobiet w Powiecie Świdnickim. Koleżankom z Rady dziękujemy za włączający gest zaproszenia do wspólnego złożenia kwiatów przy pomniku. To był zaszczyt dla nas.
fot. ze strony RadioSudety24
