Rozwód jest sytuacją, w której łatwo postawić siebie na ostatnim miejscu. „Najpierw dzieci, potem dokumenty, praca, sąd, a ja? Ja poczekam”. Takie podejście wydaje się rozsądne, ale szybko prowadzi do wyczerpania.
Ciało reaguje pierwsze: bezsenność, kołatanie serca, bóle brzucha, problemy z koncentracją. Psychika idzie zaraz za nim: poczucie, że wszystko wymyka się spod kontroli, że dni zlewają się w jeden wielki ciężar. W takim stanie trudno podejmować decyzje, a jeszcze trudniej wspierać dzieci.
Dlatego potrzebne jest codzienne dbanie o siebie. Nie jako luksus, lecz jako element przetrwania. Może to być ciepły posiłek, krótki spacer, trzy strony zapisane w dzienniku. Każdy z tych gestów jest jak mała kotwica w czasie sztormu.
Warto też zadawać sobie pytanie: „co dziś mogę zrobić, żeby poczuć się choć odrobinę lepiej?”. Odpowiedzi bywają różne: rozmowa z przyjacielem, godzina ciszy bez telefonu, muzyka, która koi, zajęcia ruchowe. Nie trzeba wielkich planów – wystarczy jeden drobny gest każdego dnia.
Dbanie o siebie ma też wymiar symboliczny. Pokazuje, że nawet w kryzysie mam prawo do odpoczynku, do chwili radości, do troski. To sygnał nie tylko dla nas, ale i dla dzieci: „można przeżywać trudne emocje i jednocześnie dbać o siebie”.
Niektórzy prowadzą w tym czasie prosty dziennik wdzięczności – zapisują trzy rzeczy, które w ciągu dnia były dobre, choćby bardzo małe: kubek herbaty, uśmiech dziecka, wiadomość od znajomego. To ćwiczenie nie zmienia rzeczywistości, ale zmienia perspektywę. Uczy, że nawet w kryzysie obok trudnych doświadczeń istnieją też chwile, które dają siłę.
