Decyzja o rozwodzie nie przychodzi nagle. Rzadko jest impulsem, częściej procesem, który dojrzewa miesiącami albo latami. Wiele osób opowiada, że długo tłumiły w sobie pytanie: czy tak chcę żyć dalej? – obawa przed konsekwencjami była zbyt silna. Wewnętrzne „tak” lub „nie” nie pojawia się samo z siebie. Pojawia się po setkach nieprzespanych nocy, kłótniach bez rozwiązania, rozmowach kończących się ciszą albo poczuciu, że obok drugiej osoby jesteśmy coraz bardziej samotni.
Ciężar tej decyzji nie polega wyłącznie na przerwaniu związku. To także konfrontacja z własnym obrazem życia, który budowaliśmy przez lata. Każde małżeństwo to wspólna historia – wspólne mieszkanie, wspólne rytuały, wspólne święta, często wspólne dzieci. Rozwód jest więc symbolicznym końcem pewnej tożsamości. Byliśmy „my”, a teraz musimy odnaleźć się w roli „ja”.
Kiedy ktoś mówi „chcę się rozwieść”, często natychmiast pojawia się lęk przed oceną. Z zewnątrz można usłyszeć: „spróbuj jeszcze raz”, „dzieciom potrzebny jest pełny dom”, „każdy ma kryzysy”. Te głosy nie zawsze są wyrazem troski – czasem są wyrazem lęku bliskich przed zmianą. Dlatego tak trudno wziąć na siebie odpowiedzialność za słowo „rozwód”.
Warto wtedy zadać sobie kilka pytań:
Czy decyzja o zostaniu w związku wynika z realnej nadziei na poprawę, czy z przyzwyczajenia?
Czy potrafię jeszcze dostrzec w tej relacji coś, co daje mi poczucie bycia widzianym i ważnym?
Czy moja obecność w związku to wybór, czy jedynie brak odwagi, aby powiedzieć „dość”?
Ciężar decyzji bywa tak duży, że odkładamy ją latami. Jednak unikanie konfrontacji również jest formą decyzji – decyzji o trwaniu w relacji, która coraz bardziej odbiera energię.
