Granice nie istnieją w próżni. To, jak je stawiamy, jest bezpośrednio związane z tym, co o sobie myślimy. Jeśli mam poczucie, że moje zdanie ma wagę, łatwiej powiem: „nie zgadzam się”. Jeśli przez lata byłem przekonany, że jestem „mniej ważny”, każda próba obrony granic wywołuje lęk, że stracę relację albo zostanę odrzucony.
Widać to dobrze w pracy. Osoba, która czuje się kompetentna i pewna swoich umiejętności, potrafi odmówić kolejnego zadania, gdy wie, że nie zdąży go wykonać. Ktoś, kto w głębi wciąż uważa się za „niewystarczającego”, przyjmie wszystko – z obawy, że inaczej zostanie uznany za leniwego.
Podobnie jest w rodzinie. Człowiek, który czuje, że ma prawo do odpoczynku, powie: „potrzebuję teraz chwili dla siebie”. Ktoś, kto nosi w sobie przekonanie, że jego potrzeby są drugorzędne, poświęci się do granic wyczerpania.
Granice są więc papierkiem lakmusowym tego, jak traktujemy samych siebie. Gdy nasze poczucie własnej wartości jest kruche, każda próba powiedzenia „nie” uruchamia lawinę pytań: „czy nie przesadzam?”, „czy nie zranię tej osoby?”, „czy nie wyjdę na egoistę?”.
Warto spróbować odwrócić te pytania:
A co się dzieje ze mną, kiedy nie stawiam granicy?
Jak wygląda moje życie, gdy stale się zgadzam, choć nie chcę?
Czy to, że inni mają swoje potrzeby, naprawdę oznacza, że moje są mniej ważne?
Często dopiero wtedy widać, że brak granic nie chroni relacji – on je powoli niszczy. Ponieważ trudno być blisko kogoś, kto w środku czuje się wykorzystany albo niewidziany.
